data-srcset

Wybraliśmy się w Góry Złote aby zdobyć Kowadło i Rudawiec za jednym zamachem.

Jest to nasz kolejny wyjazd z cyklu “Zdobywamy Koronę Gór Polski”. Tym razem za cel obraliśmy Góry Złote w Sudetach Wschodnich i znajdujące się tam dwa szczyty, Kowadło i Rudawiec. Wycieczkę tym razem zaplanowaliśmy z wyprzedzeniem, na spontan nie było za bardzo czasu, gdyż odkryliśmy ostatnio nową pasję jaką jest wspinaczka. Wyjazd w stronę Stronia Śląskiego został więc zaplanowany na niedzielny poranek.

Naszym celem były Bielice, miejscowość znajdująca się na obszarze Śnieżnickiego Parku Krajobrazowego w Dolinie Górnej Białej Lądeckiej. Podróż z Wrocławia to około 2 godziny drogi w jedną stronę, dlatego chcieliśmy wyjechać jak najwcześniej, aby mieć wystarczająco dużo czasu na wejście na dwa szczyty jednego dnia. Na miejsce dotarliśmy około godziny 11:00 i rozpoczęliśmy naszą wędrówkę.

Trasa, którą zaplanowaliśmy składała się z dwóch etapów.

Pierwszy to wejście na Kowadło, piętnastominutowy odpoczynek na szczycie i powrót do rozdroża przy leśniczówce. Drugi to powrót do rozdroża w Bielicach i wejście na Rudawiec. Trasa pierwszego etapu przedstawiała się następująco:


Etap pierwszy – Kowadło

Szlak na Kowadło wiódł dobrze utrzymaną żwirową drogą leśną, z której mogliśmy podziwiać wspaniałe widoki na otaczające nas góry i na całe Bielice. Na rozdrożu przy Bielicach, aby dostać się na Kowadło skierowaliśmy się w lewo i tak rozpoczęliśmy podejście na szczyt, które miało nam zająć około półtorej godziny.

Najlepsze na górskich szlakach jest to, że większość turystów, których spotkacie na swojej drodze to ludzie otwarci i czasami przyłączą się do was w waszej wędrówce. Tak było właśnie w naszym przypadku, w drodze na Kowadło przyłączył się do nas starszy Pan, z którym miło nam się rozmawiało o naszych poprzednich wyprawach. To właśnie jest piękne w górskich wędrówkach.

Po krótkiej wspólnej wędrówce żwirową drogą dotarliśmy do miejsca, w którym szlak skręca w las i rozpoczęliśmy podejście zielonym szlakiem na szczyt Kowadła. Naszego kompana pozostawiliśmy z tyłu ponieważ chciał trochę odpocząć przed kontynuowaniem swojej wędrówki.

Podejście było na początku dość strome, parę osób, które mijaliśmy po drodze wybrało się na szlak z małymi dziećmi w wózkach. Jako że droga nie nadawała się już na wchodzenie z wózkiem zostawiali je właśnie pod tablicą informacyjną. Odcinek od tablicy do zakrętu przy granicy nie jest jakiś szczególnie trudny do pokonania dlatego udało nam się go w miarę szybko przejść. Po drodze niestety nie mieliśmy niestety możliwości pooglądać żadnych ciekawych widoków.

Po około 40 minutach dotarliśmy do granicy państwowej, gdzie szlak biegnie już po bardziej płaskim terenie. Do szczytu pozostało nam około 600 metrów, dlatego nie zwlekając ruszyliśmy dalej aby jak najszybciej dotrzeć na szczyt.

Po chwili wędrówki dotarliśmy do rozdroża. W prawo odchodził zielony szlak, którym do tej pory wchodziliśmy, w lewo szlak żółty, bardziej stromy. Wybraliśmy żółty z uwagi na to, że lubimy chodzić po skałach i mieliśmy nadzieję zobaczyć coś ponad koronami drzew. W sumie wiele nie zobaczyliśmy, ale za to mogliśmy trochę powspinać się na skały.

Po chwili dotarliśmy na sam szczyt i przyszedł czas na zrobienie kilku zdjęć i wbicie pieczątek do książeczek GOT i Korony Gór Polski. Pierwszy z dwóch zaplanowanych na ten dzień szczytów został zdobyty.

Po chwili odpoczynku ruszyliśmy w drogę powrotną do Bielic by rozpocząć wędrówkę na Rudawiec. Z Kowadła postanowiliśmy zejść zielonym szlakiem i nareszcie udało nam się pooglądać widoki na dolinę.

Wyjeżdżając w góry sprawdziliśmy wcześniej prognozę pogody i jak do tej pory wszystko się sprawdzało. Aż do godziny 17:00 miało świecić słońce i dopiero późnym popołudniem zapowiadano zachmurzenie i przelotne opady. Sprawdziliśmy jeszcze raz stan pogody oraz czy w naszym kierunku nie idą jakieś chmury burzowe na radarze burz i stwierdziliśmy że możemy spokojnie kontynuować wycieczkę.


Etap drugi – Rudawiec

Z Kowadła zeszliśmy w około 30 minut z powrotem do rozdroża w Bielicach i skręciliśmy na szlak na Rudawiec. Przy samym szlaku płynie potok Biała Lądecka, więc poświęciliśmy chwilkę czasu aby zrobić kilka zdjęć. Jak na górski potok przystało, woda w nim jest lodowata więc przyjemnie było się chwilę schłodzić, zwłaszcza że temperatura tego dnia była wysoka. Trasa na drugi etap wyprawy prezentowała się następująco:

Trasa na Rudawiec to również początkowo dobrze utrzymana żwirowa droga, która wiedzie wzdłuż potoku aż do punktu Czarny Potok przez około 1,5 kilometra. Po drodze minęliśmy liczne pola namiotowe, na których wiele osób rozbiło swoje namioty. Widoki na szlaku również były ciekawe. Po drodze minęliśmy wodospad Morawskiego Potoku oraz coś co przypominało mały schron czy domek pustelnika. Na niebie było kilka chmur i nic nie zwiastowało tego co czekało nas niedługo.

Na rozdrożu przy Czarnym Potoku rozpoczęliśmy podejście w górę szlaku. Do Rudawca pozostało nam około 1,5 godziny drogi. Szlak wiódł przez las i mogliśmy chwilę odpocząć od gorąca jakie panowało na szlaku. Droga praktycznie cały czas wznosiła się do góry, dlatego postanowiliśmy chwilę odpocząć przed dalszą wędrówką.

Po drodze rozmawialiśmy jak dobrze by było, jakby chociaż chwilę popadało. Jak to mówią “nie wywołuj wilka z lasu” bo po chwili nie wiadomo skąd nadciągnęła ciemna chmura, z której zaczął kropić deszcz. Ta ulga kiedy spada na was chłodna kropla deszczu po dwóch godzinach wędrowania w skwarze jest nie do opisania. Szybko jednak okazało się że jest to zwiastun czegoś gorszego …

Gdy byliśmy w połowie drogi na szczyt, sprawdziliśmy radar burzowy i ku naszemu zdumieniu okazało się, że znad Czech nadciąga ogromna chmura burzowa i idzie w naszą stronę. Sprawdziliśmy jeszcze raz prognozę pogody, dalej zapowiadali opady o 17:00. Stwierdziliśmy że podejdziemy jeszcze trochę pod górę i zbadamy sytuację czy burza przejdzie bokiem, czy jednak trzeba będzie zrezygnować.

Po chwili zaczął padać deszcz a w oddali usłyszeliśmy grzmot. Decyzja była szybka… schodzimy.

Udało nam się jedynie zejść między drzewa, gdy nadeszła burza. W odstępie może 5 minut zaczęło bardzo mocno padać a pioruny uderzały w las, w którym aktualnie byliśmy. Nie pozostało nam nic innego jak tylko znaleźć najbliższy obniżony teren jak najdalej od drzew i w kucki na plecakach przeczekać aż burza nas minie.

I naprawdę z burzą w górach nie ma żartów. Huk uderzenia pioruna jest zwielokrotniony przez otaczające góry, a gdy błyska się tuż nad waszymi głowami i siedzicie w kucki na plecakach w zagłębieniu oblewani strugami deszczu … no cóż, to są właśnie góry. Pogoda jest nieprzewidywalna.

Udało nam się przeczekać pierwszą chmurę burzową pod pelerynami, na szczęście byliśmy przygotowani na taką ewentualność sprzętowo, dlatego gdy tylko pierwsza burza przeszła, czym prędzej zeszliśmy do Bielic. Po drodze nadciągnęła druga ogromna chmura burzowa, przed którą na szczęście udało nam się uciec i choć złapał nas już drugi deszcz, cali mokrzy bezpiecznie dotarliśmy na parking. Niestety nie udało się zrobić zdjęć podczas burzy, dbaliśmy wtedy o bezpieczeństwo nasze i sprzętu aby nie zamókł.

W drodze powrotnej zrobiliśmy tylko zdjęcie lasu po deszczu.

Tym razem góry nas pokonały, ale wyznajemy zasadę, że lepiej zrezygnować niż uparcie przeć naprzód i narażać się na niebezpieczeństwo. Góry stoją i będą stały a my wejdziemy tam gdzie będziemy chcieli. Najwyżej będzie to w innym terminie. Nie warto ryzykować. Z burzą w górach nie ma żartów. Następnym razem na pewno się uda!


Jeżeli podobają się wam nasze artykuły to zapraszamy do polubienia naszej witryny na Facebooku. Możecie też nas znaleźć na Twitterze oraz Instagramie, linki znajdziecie poniżej:

Zapraszamy was również do naszej grupy dyskusyjnej na Facebooku, gdzie możecie dzielić się swoimi wrażeniami z waszych górskich wypraw (link do grupy – kliknij).


Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.