Hiker sits on a wooden bench in the mountains, wrapping his ankle with a bandage beside boots and trekking poles.
Artykuł sponsorowany

Kontuzja na szlaku: jak wygląda skuteczny powrót do formy

Coś boli. Kolano puchnie po długim zejściu z Rysów, staw skokowy odmawia posłuszeństwa po niefortunnym stąpnięciu na mokrym kamieniu, plecy dają o sobie znać już trzeciego dnia wędrówki z pełnym plecakiem. Dla kogoś, kto liczy przewyższenia w tysiącach metrów, a szlaki w kilometrach, moment, w którym trzeba odstawić buty trekkingowe na dłużej niż tydzień, bywa trudniejszy niż sam uraz. I wcale nie dotyczy to wyłącznie osób, które dopiero zaczynają swoją przygodę z górami.

Kontuzje, które dopadają najbardziej doświadczonych

Wbrew pozorom to właśnie regularni turyści górscy – ci z kilkoma tysiącami kilometrów na koncie, w trakcie zdobywania korony gór czy odznaki turystycznej – najczęściej mają na koncie przynajmniej jedną poważniejszą kontuzję. Powód jest prosty: to kwestia kumulacji obciążeń, nie braku doświadczenia. Najczęściej dokucza kolano – konkretnie więzadło rzepki, które przeciąża się przy długich, stromych zejściach, zwłaszcza gdy mięśnie czworogłowe i kulszowo-goleniowe pracują nierówno. Tuż za nim plasuje się staw skokowy – wystarczy jeden nieuważny krok na korzeniu czy kamieniu, żeby skręcić więzadła na kilka tygodni. Dochodzą do tego przeciążenia odcinka lędźwiowego kręgosłupa, typowe po kilku dniach noszenia plecaka o wadze kilkunastu kilogramów.

Różnica między kontuzją początkującego a doświadczonego trekkera polega głównie na tym, że ten drugi zwykle długo ją ignoruje. Ma zaplanowany wyjazd, ma bilet, ma umówiony nocleg w schronisku – i idzie dalej, tłumacząc sobie, że to tylko przetrenowanie, które samo minie po dniu odpoczynku.

Dlaczego pośpiech w powrocie kończy się gorzej

Największym błędem po kontuzji trekkingowej nie jest sam uraz, tylko sposób, w jaki się po nim wraca do aktywności. Fizjoterapeuci powtarzają to samo niezależnie od tego, czy chodzi o biegaczy, czy o turystów górskich: powrót bez oceny funkcjonalnej – siły mięśniowej, zakresu ruchu, kontroli stabilizacji – prawie zawsze kończy się nawrotem, często poważniejszym niż uraz pierwotny. Tkanka, która dopiero się goi, nie jest gotowa na strome podejścia, nierówne podłoże i wielogodzinny wysiłek, nawet jeśli ból ustąpił kilka dni wcześniej.

Prawidłowy proces wygląda inaczej: najpierw ocena, ile ciało faktycznie odzyskało, potem stopniowe zwiększanie obciążenia – krótsze trasy, mniejsze przewyższenia, dłuższe przerwy między wyjściami – i dopiero na końcu powrót do tempa i dystansów sprzed kontuzji. To proces liczony w tygodniach, czasem miesiącach, a nie w dniach, choć niewielu turystów chce w to uwierzyć, kiedy pogoda wreszcie dopisuje.

Kiedy samodzielna rehabilitacja nie wystarcza

Przy skręceniu stawu skokowego czy przeciążeniu więzadła rzepki domowe ćwiczenia i kilka wizyt u fizjoterapeuty zwykle wystarczą. Gorzej, gdy uraz jest poważniejszy – po operacji więzadeł, przy uszkodzeniu łąkotki czy przewlekłym bólu kręgosłupa, który po latach wędrówek zaczyna ograniczać codzienne funkcjonowanie, nie tylko wyjścia w góry. Wtedy potrzeba czegoś więcej niż pojedynczych wizyt rozłożonych między pracą a codziennymi obowiązkami – potrzeba kilku tygodni skoncentrowanej terapii, prowadzonej codziennie, pod stałym nadzorem tej samej osoby. W Polsce taką intensywną opcję oferują przede wszystkim stacjonarne turnusy rehabilitacyjne, zwykle dwu- lub trzytygodniowe, łączone z zakwaterowaniem na miejscu.

Jednym z miejsc, które łączą taki model intensywnej rehabilitacji z górskim otoczeniem, jest Zakopane – Willa Wojnar organizuje dwutygodniowe turnusy rehabilitacyjne w Tatrach, obejmujące 65 zabiegów oraz terapię manualną prowadzoną przez zespół fizjoterapeutów, w tym ukierunkowaną na urazy pourazowe i ortopedyczne. Na miejscu pracuje zespół fizjoterapeutów WojnarMED, wykorzystujący m.in. terapię manualną metodą Stecco, stosowaną właśnie przy przeciążeniach i urazach sportowych. Dla osób z orzeczeniem o niepełnosprawności dochodzi do tego możliwość dofinansowania z PFRON. Dla kogoś, kto i tak większość roku spędza myślami w górach, taki wyjazd ma dodatkową zaletę: rekonwalescencja odbywa się w tym samym krajobrazie, do którego chce się wrócić, a nie w poczekalni przychodni rehabilitacyjnej na drugim końcu miasta.

Na co zwrócić uwagę, wybierając ośrodek

Nie każde miejsce reklamujące się jako „rehabilitacyjne” faktycznie prowadzi turnusy z dofinansowaniem PFRON. Warto sprawdzić, czy ośrodek ma wpis do rejestru organizatorów turnusów rehabilitacyjnych – bez tego dofinansowanie po prostu nie zostanie przyznane, niezależnie od tego, jak dobrze wygląda oferta. Drugi element to rodzaj prowadzonej terapii: przy urazach pourazowych i ortopedycznych liczy się dostęp do zabiegów fizykalnych takich jak krioterapia, laser biostymulacyjny czy fala uderzeniowa, połączonych z pracą manualną fizjoterapeuty, a nie sama liczba godzin spędzonych na basenie. I trzecie, praktyczne – dokumenty. Na miejscu zwykle trzeba przedstawić skierowanie od lekarza na turnus rehabilitacyjny oraz aktualne orzeczenie o niepełnosprawności, więc lepiej skompletować je z wyprzedzeniem, zanim ruszy się w drogę.

Powrót na szlak – bez nawrotu

Kiedy terapia dobiega końca, największą pokusą jest odrobienie zaległości – nadgonienie tras, które czekały zaznaczone w kalendarzu przez ostatnie tygodnie. To najgorszy możliwy start. Pierwsze wyjścia po dłuższej przerwie powinny być krótkie, po znanym, łatwym terenie, bez plecaka obciążonego na kilka dni biwaku. Dopiero gdy organizm wytrzyma taki wysiłek bez bólu i opuchlizny następnego dnia, warto zwiększać dystans, a potem dopiero przewyższenia. Ćwiczenia wzmacniające, które zaleci fizjoterapeuta, warto kontynuować jeszcze długo po zakończeniu turnusu czy serii zabiegów – to one, a nie sam odpoczynek, chronią przed kolejnym urazem dokładnie w tym samym miejscu.

Kontuzja, która zatrzymuje na kilka tygodni, nie musi oznaczać końca sezonu ani rezygnacji z planów na kolejny rok. Wymaga tylko cierpliwości i podejścia do rehabilitacji równie poważnego, jak podejście do samego trekkingu – z planem, konsekwencją i realistyczną oceną tego, ile czasu naprawdę potrzeba, żeby wrócić na szlak bezpiecznie, bez ryzyka, że kontuzja wróci już przy pierwszym trudniejszym zejściu. Zanim zdecydujesz, gdzie spędzić ten czas, warto samemu zerknąć na stronę ośrodka i sprawdzić, czy program faktycznie odpowiada Twojemu urazowi.

0 0 Głosy
Article Rating
Subskrybuj!
Powiadom o
guest
0 komentarzy
najnowszy
najstarszy oceniany